Piąty sezon nieustannie balansuje między młodzieńczą pogodą ducha a totalnym czarnowidztwem dorosłych. Mimo komicznych przerywników w postaci rozchichotanej Robin i żonglerki nawiązaniami do
Z sezonu na sezon w Hawkins dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Najpierw byliśmy świadkami eksperymentów chemicznych na dzieciach, tajemniczych zaginięć i spadających magnesów z lodówki, potem zimnowojennych intryg, muzycznych egzorcyzmów i co rusz otwierających się bram do innego świata. W końcu miasto niemal osunęło się w czeluście piekieł, a kontrolę nad umysłami mieszkańców przejął potężny i psychopatyczny Vecna (Jamie Campbell Bower). W ciągu 9 lat bezsprzecznie dużo się wydarzyło – również po Naszej Stronie. Podczas gdy starsi z rozrzewnieniem nucili The Clash, Limahla i Kate Bush, a młodzi z ekscytacją uczyli się ejtisowej ikonografii, osobliwy twór braci Duffer stał się jednym z najbardziej wpływowych seriali XXI wieku. Pokochaliśmy "Stranger Things" za dziecięcych bohaterów – ich szczenięce wybryki, emocjonalne rozterki i niekończące się pokłady nostalgii. I choć z Hawkins uleciał już duch swoich czasów, wspaniale jest znów tutaj wrócić, choćby tylko na cztery odcinki.
Jesień 1987 roku. Mike (Finn Wolfhard), Will (Noah Schnapp), Lucas (Caleb McLaughlin), Dustin (Gaten Matarazzo) i Jedenastka (Millie Bobby Brown) zdążyli już nieco wyrosnąć. Po traumatycznych doświadczeniach z poprzedniego sezonu (śmierć Eddiego, śpiączka Max i krwawa jatka Vecny) nie przypominają już tych niewinnych i roześmianych dzieciaków z 2016 roku. Wciąż trzymają się jednak razem, cierpliwie zbierając siły do ostatecznego pojedynku z żądnym władzy antagonistą. Nastka ćwiczy parkour pod czujnym okiem Hoppera (David Harbour) i Joyce (Winona Ryder); Robin (Maya Hawke) oraz Steve (Joe Keery) szyfrują wiadomości w radiu, a cała reszta młodej załogi kompletuje broń, uważnie obserwując poczynania wojska po Drugiej Stronie Hawkins. Przeczucie, że bohaterowie są coraz bliżej konfrontacji ze złem, staje się pewne już w pierwszych minutach odcinka. Nieprzypadkowo mija przecież piąta rocznica porwania Willa Byersa.
Twórcy, by nakierować widzów na właściwe tory, otwierają finałową serię na pozór nieistotną retrospekcją. Jedenastoletni Will patrzy w oczy śmierci, gdy Vecna chrzci go jako swojego wybrańca. Bliźniacy Duffer wprost dają do zrozumienia, że to nie Jedenastka, a właśnie ten blady, rozdygotany chudzielec może okazać się kluczową postacią w walce z mrocznymi mocami przeraźliwego antagonisty. Nie minie dużo czasu, zanim wszyscy fani powieści J.K. Rowling zorientują się, że Will stał się dla Vecny swoistym horkruksem. Zamiast piekącej blizny na czole Buyers ma problem z uparcie pojawiająca się gęsią skórką na szyi. Jego umysł, jak na "chłopca, który przeżył" przystało, działa niczym antena, odbierając od wroga wizje i sygnały wskazujące na rychły koniec świata, który zna. Will czy Harry, Henry Creel czy Tom Riddle – nie ma znaczenia, podobieństwa między kultowym cyklem powieści a "Stranger Things" są uderzające. Czy to znaczy, że możemy spodziewać się widowiskowego happy endu?
Choć pierwsze cztery odcinki mgliście na to wskazują, w Hawkins niczego nie można być pewnym na sto procent. Piąty sezon nieustannie balansuje między młodzieńczą pogodą ducha a totalnym czarnowidztwem dorosłych. Mimo komicznych przerywników w postaci rozchichotanej Robin i żonglerki nawiązaniami do "Kevina samego w domu" czy "Powrotu do przyszłości", trudno nie pozbyć się wrażenia, że nadciąga druzgocąca porażka. W końcu Vecna jest potężniejszy niż kiedykolwiek, a w mieście w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają znikać dzieci. Dantejskie sceny w domu Państwa Wheelerów całkowicie zmieniają reguły gry oraz nastrój opowieści. Wzorem czwartego sezonu znów możemy się bać i porządnie wystraszyć. Rozbryzgi krwi, dziecięce wrzaski oraz potłuczone szkło – mama Nancy (Cara Buono) stająca oko w oko z krwiożerczym demogorgonem przenosi nas wprost do kultowych filmów grozy pokroju "Egzorcysty", "Carrie" czy "Krzyku".
Netflix
Sąd Ostateczny nadchodzi i może właśnie dlatego czuć, że w baku piątego sezonu brakuje paliwa nostalgii i choć odrobiny nastoletniej energii. Nasi ulubieni bohaterowie dorośli, ale ich wnętrze wydaje się dziwnie puste i nijakie. Duet showrunnerów pozbawia ich nie tylko emocjonalnej szarpaniny oraz marzeń, ale też tej naiwnej wiary w dobro, która wypełniała ich dotychczasowe motywacje. Zamiast tego dostajemy akcję pędzącą na złamanie karku oraz powtarzające się do znudzenia sekwencje knucia i ględzenia nad mapą. Kosztem rozwoju charakterologicznego Willa w serialu cierpią właściwie wszystkie postacie. Joyce i Hop stają się tokenowymi dorosłymi, a Jedenastka – najnudniejszą telepatką w historii popkultury, w czym niestety nie pomaga sztywna, pełna nienaturalnych grymasów gra Millie Bobby Brown. Twórcy starają się także wskrzesić ogień w trójkącie Jonathan-Nancy-Steve (Charlie Heaton, Natalia Dyer, Joe Keery), ale jak na razie przedkładają miłosne rozterki bohaterów nad ich desperacką próbę przetrwania. Najbardziej pozytywną niespodzianką serii okazuje się za to chwytająca za serce relacja Willa i Robin.
Skrycie podkochujący się w swoim przyjacielu nieśmiałek oraz pełna werwy, ambiwertyczna lesbijka – czyż nie jest to duet zasługujący na pełnokrwistą przyjaźń? Gdy Will odkrywa, że w zabitym deskami i metalowymi płytami Hawkins jest ktoś jeszcze taki jak on, po raz pierwszy od dawna pozbywa się dojmującej samotności. Robin uczy chłopaka samoakceptacji i czerpania miłości z własnego wnętrza, pozwalając po raz pierwszy uwierzyć mu, że wszystko jest z nim w jak najlepszym porządku. To właśnie wokół queerowej wrażliwości i odwagi bycia sobą koncentruje się finałowa odsłona "Stranger Things". I zanim ktoś znów napisze zgryźliwy komentarz o hegemonii "lewicowej propagandy woke", uprzedzę: osoby nieheteronormatywne żyją na tym świecie nie od dziś, ba, nawet nie od lat 80., a ewolucja Byersa należy do tych najpiękniejszych, najbardziej spójnych i przemyślanych w całym serialu.
Bracia Duffer z wieloletniego mielenia popkulturowych nawiązań zdążyli ulepić swoją własną gatunkową pulpę. Mimo to skojarzenia z innymi tekstami kultury, nawet tymi zupełnie przypadkowymi, wciąż gęsto dają o sobie znać. By uniknąć spoilerów, nie wyjaśnię dlaczego fabuła piątego sezonu kojarzy się ze "Zniknięciami" Zacha Creggera ani dlaczego czwarty odcinek przypomina bardziej "Civil War" Alexa Garlanda niż słodko-gorzki serial o dojrzewaniu w klimacie kina Zemeckisa i Spielberga. Nadal niewiele można powiedzieć także o intencjach Vecny, który choć nieco podrasowany w CGI, pozostaje niestety dużo mniej intrygującym i pogłębionym "złolem" niż w czwartym sezonie. Na szczęście druga połowa finałowej opowieści wciąż jeszcze przed nami! Kolejne trzy odcinki pojawią się w drugi dzień świąt, a ostatni – w Nowy Rok. I choć łatwo marudzić na model dystrybucyjny Netfliksa, trzeba przyznać, że święta to idealny czas na przecieranie oczu ze zdumienia, melancholijne spotkania oraz rzewne pożegnania.